Archiwum kategorii 'Kraków' Category

o tym, co wkładamy (czasem wlewamy) do brzucha c.d.

No to lecimy dalej.

Tu wtrącę od siebie mały wpisik a propos jednej rzeczy, o której zapomniał mój Jedyny, lecz po prostu go tam nie było. Jak macie kasę, tak zwaną nadprogramową (dobry gest cioci, mamy, wygrana w lotka lub najzwyczajniej w świecie znaleźliście kociołek z monetami na końcu tęczy), to polecam Wam naprawdę niesamowitą pijalnie czekolady spod szyldu Wawel (na Rynku). Nie boję się użyć tego sformułowania - deserowy orgazm. Chyba dość dosadnie? Tylko liczcie tak z 30-40 zł od duszy…

Jeszcze chyba nigdzie nie wspomnieliśmy o tym, ale generalnie mamy przyjemność mieszkać w najpiękniejszym mieście portowym naszego kraju, czyli w Gdańsku. Po raz pierwszy w tym roku obydwoje zetknęliśmy się z instytucjami miast studenckich. Właśnie jeżdżąc po Polsce. Otóż takie miasto jest po prostu przyjazne pod względem np. imprez rozrywkowych i ich jakości, ilości mlecznych barów oraz komfortu w zdobyciu jedzenia o każdej porze dnia.

I pod tym względem Kraków (w przeciwieństwie np. do Wiednia, o czym później) jest bardzo przyjaznym młodym ludziom. Gdyż to zazwyczaj oni budzą się głodni w środku nocy, a że mamusi już nie ma i nikt zakupów nie zrobił, są w kropce. Dobra, ale tak by było np. w Gdańsku. W byłej stolicy istnieje na szczęście instytucja sklepu 24 h. W sumie to zazwyczaj tam zaopatrywaliśmy się w produkty na kolację. Znajdziecie tam wszystko czego akurat potrzeba - całe półki z zupkami chińskimi, pasztetami wszelakiej maści (i jakości) oraz lodówki pełne piwa - zarówno regionalnego, jak i tego ogólnie dostępnego, po piwo z Anglii, Irlandii a nawet Hiszpanii :). Żyć, nie umierać…

Na tym w sumie można zakończyć kwestię przeżycia w Krakowie. Teraz muszę dokonać aktu samobiczowania, gdyż pierwotną koncepcją tej strony miał być po prostu fotoblog. Przewaga zdjęć (bo to nasza pasja) nad tekstem. Jak widać - nie wyszło…

Ale niedługo to się zmieni :).

Na mały i skromny początek. W notce o krakowskim zoo Nikoś napisał, iż nie ma dobrch zdjęć wielbładów, mimo, iż poświęcał im należytą uwagę. Świrował, tak naprawdę interesowały go te piękne, pasiaste i smacznie wyglądające tyłki :).

o tym, co wkładamy (czasem wlewamy) do brzucha.

Więc, oto i ujawnia się piękniejsza połowa tego związku, czyli po prostu moja skromna osoba ;). No, a teraz, jak to ma w zwyczaju mówić mój psor od filozofii, żarty na bok, gdyż mój Jedyny powierzył mi strasznie poważną misję - napisania czegoś w końcu. Niestety zabrał mi spod nosa najbardziej poczytny, gazowany i chmielny temat - puby. Zajmę się więc dziedziną pokrewną. Bo bez tego też nie da się żyć…

Jednego nie ukryje - przytyło mi się po wyjeździe ^^”. W sumie z jedzeniem (mimo dość szczupłych funduszy) się nie oszczędzaliśmy.

Zacznę od pospolitego śniadania. W tym przypadku potrzebujecie: mężczyzny, który pod przykrywką miłości ukrywa pierwotny instynkt - głód, przyniesie wam on ciepłe bułeczki z pobliskiej piekarni (tak naprawdę, to on was kocha, ja mam po prostu głupie poczucie humoru) i czegoś na tę bułkę, dodam, że zazwyczaj ciepłą. Generalnie, jak macie na stanie tak dobrą kucharkę, jak ja, to możecie delektować się twarożkiem, pastą jajeczną. Jak nie macie, to od biedy starczy pasztet z majonezem kieleckim. I uwierzcie mi na słowo… Czasem tańsze rzeczy potrafią być smaczniejsze niż wszystkie majonezy babuni świata.

Drugim naszym zboczeniem są produkty oparte na płodach kury. Wszelakie jajecznice i jajka na miękko. Przy tych ostatnich pobiliśmy rekord. Kuchenka, która miała przyjemność nam służyć, posiadała skłonności do anomalii gastronomicznych. Raz gotowaliśmy jajka na miękko, uwaga, 7 min od wrzenia… dodam, ze były to małe jajka, bo z Alberta.

Skupmy się teraz na obiadach. Tu znajdzie się trochę informacji stricte turystycznych, czyli gdzie tanio i dobrze zjeść. Jako, iż większość dnia spędzaliśmy na robieniu zdjęć na mieście, tam też staraliśmy się żywić (choć zazwyczaj kończyło się na zupkach chińskich i żurku z cyklu prawie, jak u mamy…). Koniecznie należy zahaczyć o kebabownie na Grodzkiej. Osobiście polecam taką malutka naprzeciw kościoła franciszkanów, trochę taniej, a wciąż dobrze.

Na tej samej ulicy znajdziemy średniej klasy mleczny bar. Szczerze odradzam, zwłaszcza żurek, o którego smaku więcej wie mój Jedyny… Skusić się można ewentualnie na pierogi ruskie i kopytka. Ceny trochę większe ze względu na lokalizację, więc jak musu nie ma, przejdźcie dalej… Na ulicy przystającej do Gurgacza znajduje się całkowite przeciwieństwo ww mlecznego baru. Klimatem rodem z PRL - jajecznicę podają na malutkich patelniach, można nabyć prawie-jak-komunistyczną-oranżadę, a ściany nie były odnawiane pewnie od lat 80 minionego stulecia. Podsumowując - tanio, klimatycznie i smacznie (a to najważniejsze). Warto odejść może z 7 min od Rynku.

Na dziś to tyle. Ciąg dalszy nastąpi.

Pozdrawiam

L.

Krótka wycieczka po miejscach, które tygryski lubią najbardziej…

…czyli dziś robimy sobie krótką przechadzkę po pubach.
Zaczniemy od najbardziej, chyba, znanej okolicy Krakowa, czyli od Rynku.

Ci, którzy byli, to wiedzą (a tym, którzy nie byli, polecam szybko nadrobić zaległości!), że Rynek jest wręcz otoczony knajpami różnymi. Niestety, na zwiedzenie wszystkich brakło nam czasu (mimo, że w tym pięknym mieście spędziliśmy ponad 2 tygodnie). Odwiedziliśmy dwa miejsca:

‘Tribeca’, która chwali się, że ma najlepszą kawę w Krakowie (nie sprawdziliśmy). Napewno ma pyszną lemoniadę (tylko w sezonie). Napój robiony ze świeżych cytrynek, dobrze schłodzony, rewelacyjnie orzeźwia.

‘U Louisa’, czyli miejsce drugie. Bardzo sympatyczny pub, z sympatyczną obsługą, zimnym piwem i dobrą muzyką. I sympatycznym wystrojem. Generalnie fajne miejsce.

Ale czas iść dalej. A dalej co mamy? C.K. Browar. Świetny wystrój, miła obsługa, przepyszne piwo (własne!). Cały ten sielankowy obrazek niszczy muzyka, która jest, delikatnie rzecz ujmując, dupna. Wiadomo, że gusta są różne i dyskutować o nich się nie powinno, ale wszelkie disco-pochodne nadają się, jak sama nazwa gatunku wskazuje, na dyskotekę, a nie do pubu…

Teraz się cofnijmy kawałeczek, do pubu, nad którego drzwiami wisi szyld reklamujący Smoczą Głowę, czyli pierwsze polskie piwo gatunku Ale. O pierwszeństwie tego piwa nie czas rozmawiać, ale smaku odmówić się nie da. I obsługa również bardzo miła, chętna do pomocy przy, jakże ważnej, decyzji co by wypić.

Z jaskini smoka czas ruszyć na Kazimierz, a tam “knajpa na knajpie”. Ulica Józefa i Eszeweria, z fajnym wystrojem (koniecznie zajrzyjcie do ubikacji!), herbatkami i piwem. Dalej, w okolicach “okrąglaka”, Mleczarnia, z mnóstwem różnych stołów (prawie każdy inny) i dobrym piwem. Przy samym ‘okrąglaku’ Alchemia, z częstymi koncertami. Generalnie ciężko znaleźć miejsce. Baraka-a to NIEfajne miejsce. Wystrój z potencjałem, acz niedopracowany. Ogólne wrażenie-jakoś tak niespecjalnie.

I nad Wisłą, na trasie z Wawelu na Skałkę mała budka z napojami po 50gr/kubeczek. napoje do wyboru-jabłkowy, albo winogronowy. Zimne, smaczne, tanie. I w plastikowym kubku.

I nie sposób nie wspomnieć o niebieskiej nysce, która staje co wieczór na parkingu niedaleko ulicy Metalowców. Można tam kupić pyszne kiełbaski pieczone na ogniu, za jedyne 6pln. Gorąco polecamy!

I znowu ja…

Coś się Miłość ma rozleniwiła. Miała zmienić to dziwne niebieskie coś, co, teoretycznie, jest “fajnym logiem tego bloga”. Wg mnie zadanie swe spełnia…dość średnio. Ale to zostawmy innej osobie i innemu momentowi (z prostej przyczyny-nie chce mi się).

Jak zostało powiedziane ostatnio, będą się tu pojawiać, czasem, zależnie od chęci, opowiastki z naszych podróży po świecie (trochę na wyrost z tym “światem” pojechałem, ale co tam, po co się ograniczać?).

Gdzie dziś pójdziemy?

Pójdziemy do ZOO, gdzie spotkamy masę zwierzątek, zachowujących się grzecznie i spokojnie, oraz masę ludzi, u których z grzecznością i spokojem bywa już różnie. Przechodzimy więc obok całej serii pióro-krzykaczy oraz gałęzio-skoczków, które to zwierzątka wyglądały przeuroczo. Nieco dalej widzimy kilka żabojadów o czerwonych dziobach, dostojnie człapiących po czymś, co w założeniach projektantów było chyba brodzikiem z wodą, ale bycie brodzikiem temu czemuś raczej nie wychodziło, bowiem było suuuche. Żeby nie wdawać się w niepotrzebne dyskusje na temat prawie-jak-brodzików, idziemy dalej. I widzimy co? I pelikany widzimy. Patrzcie (a raczej wyobraźcie sobie), dzieci, jakie one są ładne i puchate i w ogóle (fajna kołderka by z nich była, gdyby się do takiego dobrać…).

Parę metrów dalej są już Wysoce Groźne Czworołapy, czyli “dzikie” koty i wilki, niespokojnie wiercące się pod dociekliwymi spojrzeniami dziecięcych oczu oraz oszołomione nieco piskami, wydobywającymi się z ust małych istotek człekopodobnych.

I teraz przechodzimy do Gwiazdy Dnia. Znajduje się ona w miejscu przeznaczonym dla surykatek.

Jak łatwo wywnioskować, Gwiazdą Dnia jest…surykatka.

Ale nie “jakaś-tam-zwyczajna” surykatka. Ta jedna, jedyna, najspecjalniejsza, była pacnięta na piasek i wyglądała jakby przez cały poprzedni tydzień balowała usiłując przebić słonia w ilości wypitych hektolitrów alkoholu.

Następnymi Gwiazdami, aczkolwiek mniejszego już niż skacowana surykata formatu, były wielbłądy, radośnie i beztrosko wykrzywiające swe urocze i nieco zaślinione mordy, szczerząc się do obiektywów pstrykadeł maści wszelakiej. Przy nich spędziliśmy prawie 20 minut (czy coś koło tego, sporo, w każdym razie), bo gwiazdom trzeba przecież okazać szacunek, uwieczniając je na odpowiedniej ilości zdjęć (ja nie pokażę żadnego, bo te fajne ma L.) .

Potem mini zoo, gdzie aż roiło się od Małych-Puchatych-i-Słodkich. Prosiątka, Lamiątka, Koziątka i inne -ątka występowały w takim natężeniu, że powietrze było aż gęste od słodyczy. W tym miejscu oddajmy wszyscy honory pannie L., która, wykazując się niesamowitymi pokładami pomysłowości, uwieczniła w postaci pliku *.jpg świński zad.

Dalej była cała masa innych futrzatych i łuskatych, ale nie chce mi się pisać za dużo (w końcu, jakby nie patrzeć, jest godzina 3.08 (w momencie gdy piszę te słowa. pewnie zanim skończę będzie trochę później), a wypociny me jakości wątpliwej czytacie tylko dzięki bezsenności, w którą wpędziła mnie moja wspaniała L. ;)

A skoro już przy L. jesteśmy, to wartym wspomnienia faktem jest, iż zdawała się odnajdywać wspólny język z pewnym Panem Legwanem (czy innym łuskatym), co mam uwiecznione na zdjęciu, jednak jest tak słabej jakości, że aż nie wypada go pokazać.

Dobra, czas się zbliżać powoli do końca naszej wycieczki po krakowskim ZOO. Za wszelkie niedobory informacji, pominięcia, braki i tym podobne winić proszę L., ponieważ dodanie tego wpisu należało w sumie do niej, a ja robię to tylko dlatego, że gdybym tego nie zrobił, to pewnie by się nigdy nie pojawił, oraz dlatego, że mi się nudzi o tej porze przy kompie, a nie bardzo mam co czytać (uczyć się przecież o 3 w nocy nie będę, nie?), a spać, jak już wspomniałem, to nie bardzo mogę.

Pozdrawiam wujka Stefana, dziadka Kleofasa i stryjeczną kuzynkę Klementynę.

Widzimy, jak jeden ze Słodziaków w mini-zoo pochłania trawę, która padła ofiarą jego krwawej furii

Napisał: N.

Grand opening

ech, moja Miłość nie zacznie za Chiny Ludowe, to ja zacząć muszę, bo wypadałoby w końcu coś zrobić z tym blogiem…

A więc, blog ten uważajcie za…

OTWARTY!

A będzie to blog opowiadający o naszych podróżach. Zamiar ten chodził za nami już od maja, kiedy to wybraliśmy się pociągiem na wycieczkę po kilku polskich miastach. Ale jakoś się rozmyło w czasoprzestrzeni. W końcu, po podróży najnowszej, w czasie której zwiedziliśmy Kraków i Wiedeń, zebraliśmy się w sobie i oto jest. Miłego czytania, o ile ktoś będzie to czytał :]

A. Zapomniałem. Dość istotną treść będą stanowiły zdjęcia zrobione podczas danej podróży. Nie zawsze są to zdjęcia przedstawiające zabytki. Lubimy chodzić po podwórkach, jak się trafi to i fabrykę opuszczoną chętnie zwiedzimy.

Zapraszam Was więc na małą kawkę w jednej z knajpek na krakowskim Rynku, oraz na “wysłuchanie” opowieści o naszych podróżach, które (opowieści, nie podróże) będą się tu co jakiś czas pojawiać.

Napisał ‘N.’


 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« kwi    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Blog Stats

  • 1,469 hits