…swego nie znacie. pitu-pitu, pierdu-pierdu.
Ale, w sumie, taka prawda.
Otóż, w niedzielę powstał problem - nie wiedzieliśmy, gdzie pójść w poniedziałek robić zdjęcia.
I wybór padł, dość ryzykownie, na Biskupią Górkę. Czemu ryzykownie? Dzielnica ma opinię…co by ująć sprawę delikatnie, dość złą. Mieliśmy małego stracha, ale potem jakoś się rozwiało. Zanurzyliśmy się w świecie starych, potencjalnie pięknych, uliczek, przesłoniętych cieniem kamieniczek. Podziwialiśmy napisy i szyldy, które pamiętają jeszcze czasy niemieckie i rosyjskie.
Dzielnica ta, mało znana i mało odwiedzana, choć położona dość blisko szlaków turystycznych, jest, moim zdaniem, o wiele ciekawsza niż np. Główne Miasto, z ul. Długą, Długim Pobrzeżem i innymi turystycznymi “must see”.
Polecam wszystkim gorąco. Przełamcie się i opinię, jaką ma to miejsce. Warto.
Przy okazji parę zdjęć z tego miejsca. Mam nadzieję, że choć w części oddadzą one jego klimat.
Przede wszystkim koty. Jest ich tam dużo. Leżą, chodzą, biegają i siedzą na czym się da. Jedzą, co znajdą. A ten konkretny był wręcz uroczy. Łasił się jak…jak kot. Grzeczny i ułożony. Nie bał się wcale, dzięki czemu mogliśmy podejść bardzo blisko niego, a Kami nawet dał się pogłaskać

Kolejna rzecz dość charakterystyczna - tzw. “łacina”. Niby wszędzie jej pełno…ale jakoś tak…dziwnie, przynajmniej mi, dawała o sobie znać właśnie tam. Może dlatego, że niezbyt często widzi się takie wyrazy “sympatii”, jak na poniższym zdjęciu…

I wszędzie było pełno zniszczonych rzeczy. Pomijając budynki, które nazwałem we wstępie “potencjalnie pięknymi” właśnie dlatego, że znajdują się obecnie w strasznym stanie, całym swoim wyglądem wywrzaskując wręcz prośby o remont. Ale w tym miejscu w zasadzie wszystko było, mniej lub bardziej, podniszczone. Zabawki, buty - prawie wszystko…

Kwestia ostatnia - ludzie. Jacyś tacy…smutni. Poza pewnymi wyjątkami, wszyscy wydawali się smutni, zmęczeni. Zniechęceni do czegokolwiek…
A pośród nich były dzieci. Mniej smutne, ale czy wesołe?

