Więc, oto i ujawnia się piękniejsza połowa tego związku, czyli po prostu moja skromna osoba ;). No, a teraz, jak to ma w zwyczaju mówić mój psor od filozofii, żarty na bok, gdyż mój Jedyny powierzył mi strasznie poważną misję - napisania czegoś w końcu. Niestety zabrał mi spod nosa najbardziej poczytny, gazowany i chmielny temat - puby. Zajmę się więc dziedziną pokrewną. Bo bez tego też nie da się żyć…
Jednego nie ukryje - przytyło mi się po wyjeździe ^^”. W sumie z jedzeniem (mimo dość szczupłych funduszy) się nie oszczędzaliśmy.
Zacznę od pospolitego śniadania. W tym przypadku potrzebujecie: mężczyzny, który pod przykrywką miłości ukrywa pierwotny instynkt - głód, przyniesie wam on ciepłe bułeczki z pobliskiej piekarni (tak naprawdę, to on was kocha, ja mam po prostu głupie poczucie humoru) i czegoś na tę bułkę, dodam, że zazwyczaj ciepłą. Generalnie, jak macie na stanie tak dobrą kucharkę, jak ja, to możecie delektować się twarożkiem, pastą jajeczną. Jak nie macie, to od biedy starczy pasztet z majonezem kieleckim. I uwierzcie mi na słowo… Czasem tańsze rzeczy potrafią być smaczniejsze niż wszystkie majonezy babuni świata.
Drugim naszym zboczeniem są produkty oparte na płodach kury. Wszelakie jajecznice i jajka na miękko. Przy tych ostatnich pobiliśmy rekord. Kuchenka, która miała przyjemność nam służyć, posiadała skłonności do anomalii gastronomicznych. Raz gotowaliśmy jajka na miękko, uwaga, 7 min od wrzenia… dodam, ze były to małe jajka, bo z Alberta.
Skupmy się teraz na obiadach. Tu znajdzie się trochę informacji stricte turystycznych, czyli gdzie tanio i dobrze zjeść. Jako, iż większość dnia spędzaliśmy na robieniu zdjęć na mieście, tam też staraliśmy się żywić (choć zazwyczaj kończyło się na zupkach chińskich i żurku z cyklu prawie, jak u mamy…). Koniecznie należy zahaczyć o kebabownie na Grodzkiej. Osobiście polecam taką malutka naprzeciw kościoła franciszkanów, trochę taniej, a wciąż dobrze.
Na tej samej ulicy znajdziemy średniej klasy mleczny bar. Szczerze odradzam, zwłaszcza żurek, o którego smaku więcej wie mój Jedyny… Skusić się można ewentualnie na pierogi ruskie i kopytka. Ceny trochę większe ze względu na lokalizację, więc jak musu nie ma, przejdźcie dalej… Na ulicy przystającej do Gurgacza znajduje się całkowite przeciwieństwo ww mlecznego baru. Klimatem rodem z PRL - jajecznicę podają na malutkich patelniach, można nabyć prawie-jak-komunistyczną-oranżadę, a ściany nie były odnawiane pewnie od lat 80 minionego stulecia. Podsumowując - tanio, klimatycznie i smacznie (a to najważniejsze). Warto odejść może z 7 min od Rynku.
Na dziś to tyle. Ciąg dalszy nastąpi.
Pozdrawiam
L.