Archiwum dla wrzesień, 2007

:]

Stuknęło nam ponad 100 “hitsów”.

Czyli ktoś te wypociny czyta.

Skoro już je czytacie, to moglibyście wyrazić zachwyt swój nad naszymi (tzn. jeszcze tylko moimi, ale to się zmieni, jak tylko Miłość moja wróci z wycieczki) tekstami.

Możecie to zrobić, na przykład, wpisując komentarze pod notkami!

Będziemy bardzo wdzięczni (tzn. ja będę, nie wiem, jak moja droga L., bo nie pytałem) ponieważ pisanie “do powietrza” nie jest tak fajne jak pisanie ze świadomością, że ktoś to czyta i, co byłoby już szczytem szczęścia, że komuś się ta pisanina podoba :]

Pozdrawiam

N.

Krótka wycieczka po miejscach, które tygryski lubią najbardziej…

…czyli dziś robimy sobie krótką przechadzkę po pubach.
Zaczniemy od najbardziej, chyba, znanej okolicy Krakowa, czyli od Rynku.

Ci, którzy byli, to wiedzą (a tym, którzy nie byli, polecam szybko nadrobić zaległości!), że Rynek jest wręcz otoczony knajpami różnymi. Niestety, na zwiedzenie wszystkich brakło nam czasu (mimo, że w tym pięknym mieście spędziliśmy ponad 2 tygodnie). Odwiedziliśmy dwa miejsca:

‘Tribeca’, która chwali się, że ma najlepszą kawę w Krakowie (nie sprawdziliśmy). Napewno ma pyszną lemoniadę (tylko w sezonie). Napój robiony ze świeżych cytrynek, dobrze schłodzony, rewelacyjnie orzeźwia.

‘U Louisa’, czyli miejsce drugie. Bardzo sympatyczny pub, z sympatyczną obsługą, zimnym piwem i dobrą muzyką. I sympatycznym wystrojem. Generalnie fajne miejsce.

Ale czas iść dalej. A dalej co mamy? C.K. Browar. Świetny wystrój, miła obsługa, przepyszne piwo (własne!). Cały ten sielankowy obrazek niszczy muzyka, która jest, delikatnie rzecz ujmując, dupna. Wiadomo, że gusta są różne i dyskutować o nich się nie powinno, ale wszelkie disco-pochodne nadają się, jak sama nazwa gatunku wskazuje, na dyskotekę, a nie do pubu…

Teraz się cofnijmy kawałeczek, do pubu, nad którego drzwiami wisi szyld reklamujący Smoczą Głowę, czyli pierwsze polskie piwo gatunku Ale. O pierwszeństwie tego piwa nie czas rozmawiać, ale smaku odmówić się nie da. I obsługa również bardzo miła, chętna do pomocy przy, jakże ważnej, decyzji co by wypić.

Z jaskini smoka czas ruszyć na Kazimierz, a tam “knajpa na knajpie”. Ulica Józefa i Eszeweria, z fajnym wystrojem (koniecznie zajrzyjcie do ubikacji!), herbatkami i piwem. Dalej, w okolicach “okrąglaka”, Mleczarnia, z mnóstwem różnych stołów (prawie każdy inny) i dobrym piwem. Przy samym ‘okrąglaku’ Alchemia, z częstymi koncertami. Generalnie ciężko znaleźć miejsce. Baraka-a to NIEfajne miejsce. Wystrój z potencjałem, acz niedopracowany. Ogólne wrażenie-jakoś tak niespecjalnie.

I nad Wisłą, na trasie z Wawelu na Skałkę mała budka z napojami po 50gr/kubeczek. napoje do wyboru-jabłkowy, albo winogronowy. Zimne, smaczne, tanie. I w plastikowym kubku.

I nie sposób nie wspomnieć o niebieskiej nysce, która staje co wieczór na parkingu niedaleko ulicy Metalowców. Można tam kupić pyszne kiełbaski pieczone na ogniu, za jedyne 6pln. Gorąco polecamy!

I znowu ja…

Coś się Miłość ma rozleniwiła. Miała zmienić to dziwne niebieskie coś, co, teoretycznie, jest “fajnym logiem tego bloga”. Wg mnie zadanie swe spełnia…dość średnio. Ale to zostawmy innej osobie i innemu momentowi (z prostej przyczyny-nie chce mi się).

Jak zostało powiedziane ostatnio, będą się tu pojawiać, czasem, zależnie od chęci, opowiastki z naszych podróży po świecie (trochę na wyrost z tym “światem” pojechałem, ale co tam, po co się ograniczać?).

Gdzie dziś pójdziemy?

Pójdziemy do ZOO, gdzie spotkamy masę zwierzątek, zachowujących się grzecznie i spokojnie, oraz masę ludzi, u których z grzecznością i spokojem bywa już różnie. Przechodzimy więc obok całej serii pióro-krzykaczy oraz gałęzio-skoczków, które to zwierzątka wyglądały przeuroczo. Nieco dalej widzimy kilka żabojadów o czerwonych dziobach, dostojnie człapiących po czymś, co w założeniach projektantów było chyba brodzikiem z wodą, ale bycie brodzikiem temu czemuś raczej nie wychodziło, bowiem było suuuche. Żeby nie wdawać się w niepotrzebne dyskusje na temat prawie-jak-brodzików, idziemy dalej. I widzimy co? I pelikany widzimy. Patrzcie (a raczej wyobraźcie sobie), dzieci, jakie one są ładne i puchate i w ogóle (fajna kołderka by z nich była, gdyby się do takiego dobrać…).

Parę metrów dalej są już Wysoce Groźne Czworołapy, czyli “dzikie” koty i wilki, niespokojnie wiercące się pod dociekliwymi spojrzeniami dziecięcych oczu oraz oszołomione nieco piskami, wydobywającymi się z ust małych istotek człekopodobnych.

I teraz przechodzimy do Gwiazdy Dnia. Znajduje się ona w miejscu przeznaczonym dla surykatek.

Jak łatwo wywnioskować, Gwiazdą Dnia jest…surykatka.

Ale nie “jakaś-tam-zwyczajna” surykatka. Ta jedna, jedyna, najspecjalniejsza, była pacnięta na piasek i wyglądała jakby przez cały poprzedni tydzień balowała usiłując przebić słonia w ilości wypitych hektolitrów alkoholu.

Następnymi Gwiazdami, aczkolwiek mniejszego już niż skacowana surykata formatu, były wielbłądy, radośnie i beztrosko wykrzywiające swe urocze i nieco zaślinione mordy, szczerząc się do obiektywów pstrykadeł maści wszelakiej. Przy nich spędziliśmy prawie 20 minut (czy coś koło tego, sporo, w każdym razie), bo gwiazdom trzeba przecież okazać szacunek, uwieczniając je na odpowiedniej ilości zdjęć (ja nie pokażę żadnego, bo te fajne ma L.) .

Potem mini zoo, gdzie aż roiło się od Małych-Puchatych-i-Słodkich. Prosiątka, Lamiątka, Koziątka i inne -ątka występowały w takim natężeniu, że powietrze było aż gęste od słodyczy. W tym miejscu oddajmy wszyscy honory pannie L., która, wykazując się niesamowitymi pokładami pomysłowości, uwieczniła w postaci pliku *.jpg świński zad.

Dalej była cała masa innych futrzatych i łuskatych, ale nie chce mi się pisać za dużo (w końcu, jakby nie patrzeć, jest godzina 3.08 (w momencie gdy piszę te słowa. pewnie zanim skończę będzie trochę później), a wypociny me jakości wątpliwej czytacie tylko dzięki bezsenności, w którą wpędziła mnie moja wspaniała L. ;)

A skoro już przy L. jesteśmy, to wartym wspomnienia faktem jest, iż zdawała się odnajdywać wspólny język z pewnym Panem Legwanem (czy innym łuskatym), co mam uwiecznione na zdjęciu, jednak jest tak słabej jakości, że aż nie wypada go pokazać.

Dobra, czas się zbliżać powoli do końca naszej wycieczki po krakowskim ZOO. Za wszelkie niedobory informacji, pominięcia, braki i tym podobne winić proszę L., ponieważ dodanie tego wpisu należało w sumie do niej, a ja robię to tylko dlatego, że gdybym tego nie zrobił, to pewnie by się nigdy nie pojawił, oraz dlatego, że mi się nudzi o tej porze przy kompie, a nie bardzo mam co czytać (uczyć się przecież o 3 w nocy nie będę, nie?), a spać, jak już wspomniałem, to nie bardzo mogę.

Pozdrawiam wujka Stefana, dziadka Kleofasa i stryjeczną kuzynkę Klementynę.

Widzimy, jak jeden ze Słodziaków w mini-zoo pochłania trawę, która padła ofiarą jego krwawej furii

Napisał: N.

Grand opening

ech, moja Miłość nie zacznie za Chiny Ludowe, to ja zacząć muszę, bo wypadałoby w końcu coś zrobić z tym blogiem…

A więc, blog ten uważajcie za…

OTWARTY!

A będzie to blog opowiadający o naszych podróżach. Zamiar ten chodził za nami już od maja, kiedy to wybraliśmy się pociągiem na wycieczkę po kilku polskich miastach. Ale jakoś się rozmyło w czasoprzestrzeni. W końcu, po podróży najnowszej, w czasie której zwiedziliśmy Kraków i Wiedeń, zebraliśmy się w sobie i oto jest. Miłego czytania, o ile ktoś będzie to czytał :]

A. Zapomniałem. Dość istotną treść będą stanowiły zdjęcia zrobione podczas danej podróży. Nie zawsze są to zdjęcia przedstawiające zabytki. Lubimy chodzić po podwórkach, jak się trafi to i fabrykę opuszczoną chętnie zwiedzimy.

Zapraszam Was więc na małą kawkę w jednej z knajpek na krakowskim Rynku, oraz na “wysłuchanie” opowieści o naszych podróżach, które (opowieści, nie podróże) będą się tu co jakiś czas pojawiać.

Napisał ‘N.’


 

wrzesień 2007
P W Ś C P S N
    paź »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Blog Stats

  • 1,469 hits