Tak na marginesie…

pojechalibysmy gdzies…

Miejsce usypane przez olbrzyma.

Pamiętam, jak w podstawówce (losie, jak to dawno było) po raz pierwszy odwiedziłam Hel. Śmieszyło mnie, żę toto takie krótkie, łatwe do przejścia i momentami komicznie cienkie. Jedyne, co do dziś utkwiło mi w pamięci, to oczywiście foki i miejscowa legenda o powstaniu połwyspu… Dla niezorientowanych - Hel został usypany przez olbrzyma… No takie duże, źle wystrugane coś, siejące popłoch wśród wieśniaków. Niby podobne do człowieka, ale z twarzy bardziej jak Giertych.

Na wstępie. Odradzam jechanie gdziekolwiek w święta. Kapitalizm w tym państwie umarł! Owszem, nie powiem, restauracje działały, ale tylko takie, gdzie za same frytki płaciło się, jak za 3 opakowania mrożonek. Tragedia. Głupiej zapiekaniki nie można dostać w tym radosnym dniu… ech.

Atrakcje turystyczne pozamykane (no, ale to było do przewidzenia), wiec zostało nam je obejść z boku. Gdy nagle z tego boku zboczyliśmy. I oto naszym oczom ukazał się piękny, opuszczony poligon :D . Zaczęło się bieganie, czołganie, skakanie. Ech, obudzić w sobie żołnierza ;) .

Czego zamknąć nam nie mogli? Ano plaży, więc i tam sie udaliśmy. Przyjemny widoczek. No i fale. Nie tam jakieś popizdółki, co to mam przyjmność oglądać nad zatoką… Dodatkowo, syf, syf i jeszcze raz syf w postaci butelek, beczek i wszystkiego, co jeszcze Neptun mógł wypluć. I plus ze tę dzicz. Przypomniały mi się zdjęcia z lat 50 przedstawiające gdańskie plaże, nim stały się kurortem dla grubych pań i ich pudelków. Dzikie wydmy, trawy i kije-badyle. Dziś nie ma nic.

I na koniec atrakcje tylko dla wytrwałych :) . Otóż wypadało pstrynąć coś na konsultacje do ASP. Niektóre zdjęcia wymagają poświęcenia. Np. trzeba czekać 3 tyg. w lesie, swój zapach doprowadzic do bardziej zwierzęcego, przebrać się za drzewo itd.. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Te 40 min czekania, aż słoneczko zajdzie, jak zajśc powinno, by wydłużyć czas do 30 sek. były bolesne, zwłaszcza dla mojego ojca :) . Stwierdzenie, iż było zimno, jest trochę lakoniczne. Było wykur#*%^*# zimno,o ^^.

Pozdrawiam,

L.

Cudze chwalicie…

…swego nie znacie. pitu-pitu, pierdu-pierdu.
Ale, w sumie, taka prawda.
Otóż, w niedzielę powstał problem – nie wiedzieliśmy, gdzie pójść w poniedziałek robić zdjęcia.
I wybór padł, dość ryzykownie, na Biskupią Górkę. Czemu ryzykownie? Dzielnica ma opinię…co by ująć sprawę delikatnie, dość złą. Mieliśmy małego stracha, ale potem jakoś się rozwiało. Zanurzyliśmy się w świecie starych, potencjalnie pięknych, uliczek, przesłoniętych cieniem kamieniczek. Podziwialiśmy napisy i szyldy, które pamiętają jeszcze czasy niemieckie i rosyjskie.
Dzielnica ta, mało znana i mało odwiedzana, choć położona dość blisko szlaków turystycznych, jest, moim zdaniem, o wiele ciekawsza niż np. Główne Miasto, z ul. Długą, Długim Pobrzeżem i innymi turystycznymi “must see”.
Polecam wszystkim gorąco. Przełamcie się i opinię, jaką ma to miejsce. Warto.

Przy okazji parę zdjęć z tego miejsca. Mam nadzieję, że choć w części oddadzą one jego klimat.

Przede wszystkim koty. Jest ich tam dużo. Leżą, chodzą, biegają i siedzą na czym się da. Jedzą, co znajdą. A ten konkretny był wręcz uroczy. Łasił się jak…jak kot. Grzeczny i ułożony. Nie bał się wcale, dzięki czemu mogliśmy podejść bardzo blisko niego, a Kami nawet dał się pogłaskać

Kolejna rzecz dość charakterystyczna – tzw. “łacina”. Niby wszędzie jej pełno…ale jakoś tak…dziwnie, przynajmniej mi, dawała o sobie znać właśnie tam. Może dlatego, że niezbyt często widzi się takie wyrazy “sympatii”, jak na poniższym zdjęciu…

I wszędzie było pełno zniszczonych rzeczy. Pomijając budynki, które nazwałem we wstępie “potencjalnie pięknymi” właśnie dlatego, że znajdują się obecnie w strasznym stanie, całym swoim wyglądem wywrzaskując wręcz prośby o remont. Ale w tym miejscu w zasadzie wszystko było, mniej lub bardziej, podniszczone. Zabawki, buty – prawie wszystko…

Kwestia ostatnia – ludzie. Jacyś tacy…smutni. Poza pewnymi wyjątkami, wszyscy wydawali się smutni, zmęczeni. Zniechęceni do czegokolwiek…
A pośród nich były dzieci. Mniej smutne, ale czy wesołe?

Duże problemy pewnej mieściny.

Witam ponownie po długiej przerwie. Pierwsza nowość – udało mi się wyrwać z Gdańska (tu tańczę). Niestety  – z byłym ”pierwszym mężczyzną mojego życia” (tj. Tatą). Znaczy, to też ma swoje plusy ;) .

W środę rano (sic!), jakiś już miesiąc temu, wklepaliśmy w komputer pokładowy nasz cel – Warszawa. Pewnie zastanawiacie się, kto normalny tam zmierza? Otóż, ojciec leciał do Norwegii na mecz, a moja udała się po aparat. I tu kolejna mała zmiana – generalnie powinnam przechrzcić się na Nikosię :P .

Osobiście staram się omijać stolicę wielkim łukiem. Nie czuję się dobrze w mieście, w którym od środków komunikacji miejskiej, zarówno tej naziemnej,  jak i podziemnej, trzęsą się mosty oraz ulice, a względny spokój odnalazłam dopiero na cmentarzach. Tak, większość czasu spędziłam z trupami :) .

Zwiedzając Warszawę, doszłam do jednego, trochę sumtnego wniosku – stolica ma ogromny problem. Nie wie, czy chce być nowoczesna, socrealistyczna, czy może klasycystyczna.

Nie trafia do mnie zastany miks architektoniczny. Trochę śmieszy, trochę smuci. Zdaję sobię sprawę, iż stolicę trzeba było odbudować. Niestety, wybito nam wiekszość inteligencji na wojnie i efekty są,  jakie są…

Nie proponuję burzenia Pajaca Kultury, gdyż, jakkolwiek trywialnie to nie zabrzmi, podoba mi się. Jednkakże, nie pasuje do reszty – Złotych Tarasów i ronda ONZ’tu.

Nie znam się na sprawach planowania infrastruktury, to nie moja brożka. Jednak mam oczy, a kawałek świata udało mi się już zwiedzić. Każda szanująca się stolica chce mieć drapacze chmur, centra biznesowe itd.  Zrozumiałe, ale na litość boską, kto buduje szklane kolosy w bliskości historycznego centrum miasta? Można, tak jak zrobili to np. Wiedniu, zagospodarować obrzeża miasta, tworząc całkowicie nową dzielnicę, z centrum rozrywki nad Dunajem oraz biurowcami w tle. To ma ręce i nogi.

Z drugiej storny, wprowadzenie takiego rozwiązania spowodowałoby całkowity brak orientacji w terenie u większości Warszawiaków oraz przyjezdnych, zwłaszcza dla mnie, wracającej w stanie niepełnej trzeźwości z uroczego spotkania ze znajomą… I tak zrobilam parę niepotrzebnych kółek ;) .

 L.

to, co mi ślina na palce przyniosła

Tak więc witam Was w nowym 2008 roku.

Nakłoniony przez moją Miłość wspaniałą, wziąłem się do pisania pierwszego w tym roku (i od dłuższego czasu) wpisu tu. Cieszcie się więc i radujcie!

W sumie, to nie do końca wiem, co mam napisać, więc nie spodziewajcie się tu niczego wielce sensownego, bo i ochoty brak mi na pisanie konkretów.

Dobra. Odpuściłem na dwa dni. Albo trzy. Nie pamiętam (grunt to dobra pamięć…)

Czas wrócić do ciężkiego brzemienia, które na mych barkach spoczywa, i wypocić coś godnego publikacji.

Siedzę więc, zasłuchany w dźwięki grane przez zespół Madness i czacha mi dymi, bo nie mam kompletnie żadnego pomysłu.

Mógłbym Wam napisać, że mam pracę, że przerzucam kurczaki, że blablablabla, ale po kiego? I tak Was to nie interesuje.

Więc.

Napiszę o tym, co stanowi naturę wszechświata. O rzeczy, która jest ponad wszystko inne. O sensie ludzkiego ( i nie tylko) istnienia. O wielkiej potędze.

Żarówka!

Dziękuję za uwagę…

N.

Następna strona »


 

lipiec 2009
P W Ś C P S N
« sie    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Blog Stats

  • 2,006 hits